11.10.11
PUSTYNIA
Znalazłam się na środku pustyni. Stałam i patrzyłam na bezkresne piaski i błękitne niebo. Nie czułam powiewu wiatru , powietrze drżało od gorąca. W oddali zobaczyłam dwa wielbłądy. Stały naprzeciwko siebie w odległości jakiś 20 metrów. W dziwny sposób się poruszały – biegły na przeciw sobie mijały się i zajmowały miejsca po przeciwnych stronach. Po czym cykl ich biegu się powtarzał. Potem zniknęły. W oddali bardzo daleko na horyzoncie zobaczyłam zbliżającego się w moją stronę ogromnego białego konia. Był olbrzymi jak blok , miał rozwianą grzywę. Wyglądał na dzikiego i nieokiełznanego. Stałam i patrzyłam jak zaczarowana jak piasek spod jego kopyt tworzy fontanny! Zobaczyłam mnóstwo kobiecych dłoni próbujących go schwytać. Jednak on stawał dęba , rzucał dziko łbem i mknął dalej. Niebezpiecznie szybko zbliżał się w moim kierunku. Gdy był tuż tuż zdałam sobie sprawę że mnie zadepcze, byłam przy nim niczym polny kamień przy głazie. Zobaczyłam jak wyglądają jego kopyta od spodu, zawisły na chwilę tuż nad moją głową. Jednak nie zadeptał mnie ani nie stratował. Stanął w miejscu i położył się przede mną tak bym mogła go dosiąść. gdy stanął widziałam siebie na jego grzbiecie niczym małą czarną kropkę. Bardzo ostrożnie przewiózł mnie przez pustynię , potem zniósł z ostrego skalnego ,bardzo stromego urwiska i pozwolił mi zsiąść nieopodal mojego domu. Wiedziałam że czas się rozstać ale nie czułam żalu ani smutku. Wyglądało to tak jak gdyby dwa światy nakładały się na siebie. Odwróciłam się a biały koń zniknął. Lecz ja wiedziałam że choć go nie widać gołym okiem, jest gdzieś bardzo blisko mnie.
Kto mi pomoże poprawnie zinterpretować to marzenie senne?





Napisz komentarz:
Aby komentować musisz być zalogowany, zaloguj się.