11.05.09
Przestrzeń zamknięta
Ocknąłem się ciemnym lesie, po środku w miarę szerokiej ścieżki. Wstałem na nogi i rozejrzałem się.
Pora dnia wskazywała na wieczór, późny jesienny albo zimowy bezśnieżny wieczór. Drzewa utraciły liście, przygnębiając nagimi gałęziami każdego chętnego spacerowicza w tej okolicy, ale w tamtej chwili byłem tam tylko ja. Sądząc po otwartej przestrzeni na końcu ścieżki, nie byłem zbyt głęboko w lesie.
Powolnym, obojętnym krokiem ruszyłem w stronę wyjścia. Towarzyszyły mi wyraźne, dobrze znane uczucia, samotności, uwięzienia, niemocy i tym podobnych. Szedłem nieustępliwie, ale w gruncie rzeczy było mi chyba wszystko jedno gdzie idę, po co i kto by chciał mnie szukać. Bezcelowość tej wędrówki była jakby kolejną desperacką próbą zrobienia czegoś ponad codzienną klatkę szarego życia, ale jednocześnie towarzyszyła mi irytująca świadomość niewiedzy o sposobie, możliwościach jakich mógłbym się podjąć ku wolności, jestem uwięziony.
W pewnym momencie, suche gałęzie drzew rozświetlił purpurowy blask. To ciąg bezlistnej części lasu dobiegł końca, teraz po lewej jak i prawej ciągnęły się te same nagie drzewa, ale tym razem za kilkoma rzędami pni rozrastały się jaśniejące przyjemnym blaskiem fioletowe kwitnące bzy. Okolica wypełniła się magicznym aromatem, wręcz czymś mistycznym. Przez chwilę zrobiło mi się jakby lepiej, gdy moje zmysły zaczęły chłonąć te nowe wrażenia, ale mimo to zdecydowanym krokiem zbliżałem się do wyjścia z lasu.
Las równą linią drzew graniczył z duża, porośniętą uschłą trawą, przestrzenią. Tak na prawdę, był to wyręb gdzie na usypanym podwyższeniu biegła linia kolejowa.
Spojrzałem w niebo, na ponuro zgęstniałe chmury przyciemnione cieniem nadchodzącej nocy, zastanawiałem się. Czułem, że już tylko cienka granica dzieli mnie z jednej strony od głupiej rozpaczy, a z drugiej od katatonicznej bezwładności umysłu i ciała, nienawidziłem tego stanu i czułem się jednocześnie tak bezradny.
Spojrzałem przed siebie, na kolejowy pagórek. Nieśpiesznie skierowałem się w stronę torów i zatrzymałem się tuż przed nimi. Mroczne myśli nadeszły wraz z lekkim podmuchem wiatru, pociąg nadjeżdżał.
Kto by się właściwie przejął? A nawet jeśli, to jakie to ma właściwie znaczenie, w tym pustym ograniczonym świecie? Wartego równie tyle co iluzja, tak żałosna jak tragiczna pomyłka procesu stworzenia.
Orły zamknięte w kurniku.
Patrzyłem wprost na nadjeżdżający szybko pociąg, trąbił ostrzegawczo, ale nic mnie to nie obchodziło.
Zaczął padać śnieg, wiatr ucichł.
Z ogromną prędkością, ciężka maszyna popędziła torami muskając mnie gwałtownym podmuchem. Utrzymałem równowagę stojąc w bezpiecznej odległości i spokojnie odprowadziłem mijający mnie pociąg.
Gdy było już po wszystkim, sięgnąłem do kieszeni i wyjąłem z niej pogięte zdjęcie. Musiałem je osłonić dłonią przed płatkami śniegu by dokładnie dostrzec rysy chłopca na fotografii. Obudziły się we mnie na powrót głębokie uczucia niemej wściekłości, zacząłem oddychać szybciej, a moje mięśnie zdały się napiąć jak kamień.
Chłopiec na zdjęciu zaginął jakiś czas temu. Cierpiał, bardzo cierpiał z rąk złych ludzi, którzy go porwali. Maltretowali go.
Odnalezienie go, było moim zadaniem.
Idąc wzdłuż torów dotarłem na dworzec. Wszedłem, prawie wbiegłem, do budynku. Schodami dostałem się na wyższą kondygnacje. Jakiś pracownik zawołał do mnie, grożąc że nie wolno tu wchodzić, ale tylko go potrąciłem i korytarzem doszedłem do drzwi (sennik drzwi) jednego z zamkniętych pomieszczeń. Gwałtownie otworzyłem drzwi. Po środku małego pokoju stało biurko, a za nim siedział mężczyzna, nie zdziwił się na mój widok, patrząc na mnie jakby z pogardą. W sile swojej złości nie zatrzymałem się nawet na moment. Podszedłem do mężczyzny i bez słowa wstępu dałem mu pięścią w pysk. Przewrócił się na ziemię, a ja zacząłem go okładać kopniakami w brzuch. Złapałem go za gardło, podniosłem i boleśnie uderzyłem nim plecami o ścianę, nie zwalniając chwytu. Wyjąłem broń, przyłożyłem lufę pistoletu do jego zakrwawionej mordy. Śmiał się, śmiał się coraz głośniej, a ja w odpowiedzi krzyczałem.
Gdzie jest chłopiec!? Gdzie on jest!? Mów!
Nie szczędząc przy tym na nim swego najgorszego repertuaru wulgarnych przekleństw.
Ale on tylko śmiał mi się bezczelnie w twarz (sennik twarz), odpowiadając że nigdy go nie znajdę, nigdy.
Znów zatliła się we mnie iskra bezradności.
Miałem ochotę zatłuc go na śmierć.
Sen się skończył.




Napisz komentarz:
Aby komentować musisz być zalogowany, zaloguj się.