22.12.08
Pingwiny :P
Jest to część dość długiego snu, który opisze innym razem. teraz opiszę jego koniec, który tak mocno utkwił mi w głowie, że muszę go Wam opowiedzieć
stałam w pustym pokoju. czekałam na znajomego, który miał mi przynieść moje rzeczy. widziałam jasne ściany, a naprzeciw mnie duże okno bez firanek, zasłon czy rolet. w międzyczasie podeszłam do niego. wyjrzałam na zewnątrz. choć byłam na około dziesiątym piętrze, nagle zobaczyłam coś w dole, tak blisko jakby było tuż przede mną… niebo było błękitne, bezchmurne. słońce jasno świeciło. widziałam kawałek placu. tuż za nim była przepaść. wyglądało to niczym występ skalny nad kanionem. jasno- brązowy piasek, zielona trawa, mały, choć dość głęboki, z krystalicznie czystą wodą stawik (wielkością przypominający raczej kałużę
)…i stojące przy nim pingwiny. było ich około ośmiu. stały początkowo tyłem do mnie (przodem do słońca) wygrzewając się w promieniach. po chwili wszystkie jak na zawołanie odwróciły się przodem do mnie i chwilę grzały tył. stały tak kilka sekund i nagle po kolei (od prawej zaczynając) wszystkie wskakiwały do stawiku. widać było tylko co chwilę wyburzające się łebki pingwinów. uśmiechnęłam się do siebie na ten widok. obudziłam się w bardzo dobrym nastroju.




Napisz komentarz:
Aby komentować musisz być zalogowany, zaloguj się.