29.03.09
Aleksandra
Noc, jak zwykle dla podbudowy klimatu. Nieznane mi miejsce, miasto, budynek (sennik budynek), pokoje, ludzie, aczkolwiek we śnie było to mi wszystko ok. Nie byłem sobą, przynajmniej nie z wyglądu. Nie byłem też sobą poprzez to czym się zajmowałem.
Miejsce wyglądało na zaniedbane wielopokojowe mieszkanie, przyciemnione żółtawe światło z sufitu oświetlało stoły pełne koki, sypiącej się w saszetkach na samą podłogę. Przy stolikach kilka szemranych typów cierpliwie i obojętnie zliczało przychody ze swoich nielegalnych interesów. Z kąta do kąta przemieszczali się jeszcze inni lokatorzy, w tym skąpo ubrane ladacznice.
Rozłożyłem się na obrotowym krześle, zwyczajowo za własnym biurkiem, które teraz spełniało funkcje podparcia dla moich obutych stóp. W popielniczce na blacie dymiło się małe cygaro, nadając miejscu lekkiej mgiełki ukojenia dla rozbieganych myśli. Czułem się spokojnie i bezpiecznie, widok pracujących rąk gangsterów przy zliczaniu pogniecionych banknotów wręcz mnie relaksował.
Niestety, jak zwykle tylko do czasu.
Ktoś przemknął po korytarzu.
Natychmiast zdjąłem nogi z biurka i skoncentrowałem się.
Nie znałem faceta, właściwie nawet nie widziałem jego twarzy w ciemnym holu, ale i tak wiedziałem kim ów człowiek jest. Wystarczy że powiem, że nikim dobrym.
Nie był wrogiem, nie dla wszystkich. Gdy wszedł do mieszkania, nikt za specjalnie nie zareagował, nie licząc kilku szerszych uśmiechów młodych kobiet. Mimo to był podejrzany, był z rodzaju tych, których ma się na oku.
Czego tu szukał? Pracy? Okazji? Zapomnienia?
Skąd że by znowu. Pracę to on już miał, na cholera wie czyje zlecenie. Zapchlony najemnik spośród śmierdzącej mieszaniny jemu podobnych.
Szukał dziewczyny, konkretnej dziewczyny.
Aleksandry.
A ja wiedziałem gdzie ona jest.
Liczył że go do niej doprowadzę.
Bardzo dobrze, trochę się dziś poganiamy.
Udając nieświadom całego podstępu, skusiłem go we własny podstęp. Wyszedłem z mieszkania na ulicę i skierowałem się w stronę bardziej ruchliwych części miasta. Padał deszcz.
Rybka złapała haczyk. Gość opuścił mieszkanie i ruszył w ślad za mną.
Szybko doszedłem do ruchliwego skrzyżowania z przystankiem dla miejskiej komunikacji. Pomyślałem, że zabiorę go na przejażdżkę poza miasto i tam zaskoczę, jednak autobus pełen ludzi z numerem 15 właśnie opuścił przystanek. Cóż, kontynuowałem więc pieszą wędrówkę.
Po kilku chwilach, przejściach dla pieszych i setek kropel deszczu wsiąkniętych w moje ubranie, doszedłem do spokojniejszej alei w mieście. Zauważyłem zamknięty kiosk, skoczyłem więc za niego. Potem szybko wymknąłem się między bloki osiedla, starając się unikać oświetlonych nocnymi lampami miejsc.
Wyszedłem na ulicę z takiej strony, że miałem teraz idealny widok z ukrycia na zamknięty kiosk, przy którym stał już mój prześladowca, nie wiedząc za bardzo w którą stronę ma iść.
Właściwie miałem już odejść i wrócić do siebie, zostawiając wymanewrowanego w pole człowieka samemu sobie.
Ale noc była tak młoda, a deszcz nadawał jej tylko jeszcze więcej świeżości, że postanowiłem się z nim jeszcze podroczyć.
Jak gdyby nigdy nic, wyszedłem z cienia na chodnik, będąc odwróconym plecami do tamtego mężczyzny. Zauważył mnie bez trudu i spokojnie podjął trop.
W pewnym momencie chodnik biegł wzdłuż szerokich łąk z niską zieloną trawą. W oddali majaczył już świt, a na jego tle znajomy pagórek. Właściwie wszystko tu było bardzo mi znajome, miejsce było żywcem wyrwane z prawdziwego świata, z lat mojego dzieci (sennik dzieci)ństwa.
Nagle ruszyłem z buta skręciwszy w biegu na łąki.
Tamten zareagował trochę za wolno, wskutek czego bardzo szybko niknąłem w oczach, zaczął biec.
Ganialiśmy się jak dzieci po zielonej trawie, miałem niezłą frajdę. Trochę się jednak zawiodłem, tamten okazał się lepiej biegać niż ja i z każdą chwilą byłem coraz bardziej w polu rażenia jego broni. Chyba się zdenerwował.
W ten sposób lada chwila mnie dopadnie, czas więc wykręcić mu kolejny numer.
Rozpędziłem się tak mocno ile tylko sił w nogach mi jeszcze starczyło i skoczyłem w górę.
Poszybowałem pod same chmury, wysoko nad bloki pode mną. Mogłem wyciągnąć dłoń (sennik dłoń) nad siebie i przejechać nią po szarym sklepieniu nieba. Trochę niezgrabny mój lot był, co chwila opadałem na ziemie, by znów nabrać rozpędu i skoczyć wysoko w powietrze, ale w sumie nie stanowiło to większego problemu.
Ścigający mnie facet został gdzieś w dalekich krainach za mną, mogłem o nim zapomnieć.
Skierowałem ciało (sennik ciało) na zachód i wkrótce opadłem na zorane pole, przy którym stał niewielki drewniany domek. Trochę jakby wymagający poważnych napraw, ale jednak uroczy.
Wszedłem bez pukania do środka. Przez drzwi (sennik drzwi) do małego pokoju gościnnego, zauważyłem jedyne tu źródło światła z migoczących świec, a w ich promieniu, klęczącą na podłodze nad książką dziewczynę.
Miała jakby jakiś zielonkawy turban na głowie i piękne kolczyki dyndające jak krople deszczu na lekkim wietrze. Podniosła na mnie swe niebieskie oczy i uśmiechnęła się. Była bezpieczna.
Koniec.




Napisz komentarz:
Aby komentować musisz być zalogowany, zaloguj się.